3.Z życia wzięte

Studentem większość z nas jest lub była. Perypetie związane z owym „stanem”, moga być bardzo różne. Najciekawsze przejścia jednak, zdarzają się podczas sesji.

DSC01006

W środowy poranek, obudziłam się z myślą: o hej, jadę do domu! Aaa, no i muszę jeszcze napisać zaliczenie z oceną, które właściwie jest egzaminem, z kształcenia słuchu, gdzie taki sam test dostanie grupa podstawowa i zaawansowana (pozdrawiam z grupy p.), które to zalicznie było przesuwane już dwukrotnie, będzie najpewniej trudne jak cholera, a do zadanych na zaliczenie zadań w zasadzie nie zajrzałam, bo miałam zajęcia z aktorstwa do północy, a że kształcenie generalnie łatwe nie jest , to ok, aa no i zaczyna się o 9.30 czyli za…za…pól godziny?! Amrrwhg.

Mogę sobie wiele zarzucić. Nie doceniam swoich mozliwości, to fakt- przed większością egzaminów, stoję pod salą i wyję jak ranny bawół, międląc w ustach lekko niezrozumiałe frazesy w stylu : omójbożenicnieumiem, oranyuczylamsiealeniepamietam,onieeedatakiepytaniazesieniepozdbieramjaniechcewrzesniayyy. Wiem, wiem, że wkurza to wszystkich dookoła, dlatego ostatnio praktykuję wycie w głębi duszy, z zewnątrz zachowując pozorny spokój- choć wyglądam wówczas, jakby w gardle utkwił mi kawał surowej marchewki

Co do zarzutów- nie mogę sobie też zarzucić przeceniania swoich możliwości. I właśnie ta myśl sprawiła, iż w środowy poranek, o godzinie 9:13, podjęłam życiową decyzję: po wypełnieniu testu, podejmę próbę kontroli właściwego toru myślenia na KS.

Udawałam, że mnie to nie rusza- lecz w glębi duszy, czułam niepewność. Wychowana w rodzinie nauczycielskiej, dobrze zdawałam sobie sprawę, że nawet krótki zerk na kartkę zdolnego kolegi, tuż przed oddaniem pracy, może skończyć się epickim butem- i nic nie pomogą tłumaczenia, ze ja jedynie KONTROLUJĘ zgodnosc mojego myślenia z myśleniem właściwym- i że tym samym, zapewniam sobie parę godzin spokoju w błogiej lub srogiej wiedzy na temat tego, jak mi test poszedł. Nie muszę nerwowo szarpać za skórki przy paznokciu, zastanawiając się- oblałam czy nie oblałam?

A tak – od razu wiem. Oblałam (chlip). Nie oblałam (hurra!).

Weszłam więc na salę w poczuciu misji. Po rozdaniu kartek, trzymalam fason. Do czasu. Pan G. (kochany, wyrozumialy,zdolny i fajny!), zarzucił nam Chopinem. Hurra. No Panie G., po tych superlatywach na Pana temat? Ale rozumiem, ta „lepsza grupa z KS”, nie no rozumiem, naprawdę…Może tylko wtedy nie rozumiałam. Mój umysł zatracił błyskawiczną umiejętność odtwarzania zagranej melodii, wyłapywania interwałów i wydzielania wartośći. Siedziałam jak oniemiała , otoczona przez kolegów, których ołówki zapamiętale przesuwały się po pięciolini, wyznaczając kolejne nuty.

Po chwili zorientowałam się, że nie tylko ja mam problem. A po jeszcze jednej chwili- że Chopin Chopinem, ale to się da zapisać.

Przebrneliśmy przez zaliczenie z niemałą pomocą Pana G. Kończąc test, czułam się jak rozbitek samolotu w amazońskiej dżungli, który przecina ostatni zwój lian i jego oczom ukazuje się cywilizacja.

Ostrożnie zerknęłam na kartkę koleżanki obok. Właśnie podawała ją profesorowi. Ostatnia szansa dla mnie…czy za zwojem lian, rzeczywiście czeka cywilizowana osada, czy też wioska kanibali z gorącym kotłem czekającym na mą skromną osobę?

Eureka. Nie ugotują mnie na obiad!!! Większośc się zgadza ❤

Natchniona tym niemałym sukcesem, stwierdziłam, iż przejdę się na dworzec po bilet- bo taka piękna pogoda a Dziekan da mi dopuszczenie dopiero popołudniu.

Szłam więc sobie niezwykle malowniczą ulicą Gdańską, skręcilam w mniej malowniczą, trochę obśrupaną i gdzieniegdzie-obsraną (

Tuż przed ostatnimi pasami przed dworcem, rozdzwonił się mój telefon.

„W.?”

„Ooo, dzień dobry Pani Dziekan!”

„Dzień dobry, możesz już przyjść po wpis”

„….oooo…aaaa…mogę za….15 minut?”

„Oczywiście, czekam!”

Wizna. Sieroto. Toż oto ta godzina. Ta godzina, o której miałaś być w pobliżu Akademii.

No nic. Jak już jestem pod dworcem, to szybko kupię bilet i łapię tramwaj.

Terefere kuku. Kolejka do kas, wylewała się z baraku zastępującego dworzec, aż po kiosk z gazetami. Nie lepiej było przy automacie biletowym. Koniec kolejki, ginął gdzieś za rogiem sąsiedniego budynku.

Nie klnąc, ale lekko zgrzytając zębami, postanowiłam kupic bilet juz w pociagu. TO akurat było w porzadku. Nie w porządku był brak jakiegokolwiek tramwaju i autobusu na Akadmię. A że jestem człowiek słowny, wiedziałam, że choćbym miała stanąc nagłowie- to na „za 15 minut” MUSZĘ dotrzeć do Dziekana. I wówczas mnie oświeciło- przecież zalogowałam się na Rower Miejski. Wskoczę na niego i zaraz będę na akademii.

Pod górkę było już przy wypożyczaniu. Dwa rowery się zacięły. Ja, już z lekką strużką wody na plecach, zdołałam jakoś wyciągnąc kolejny bicykl. Z dozą ulgi, wsiadlam na jednoślad, uprzejmie ignorując jękliwe dźwięki jakie wydawały z siebie koła przy każdym obrocie. Na Akademię gnałam jak wiatr- a niczym wodospad się pod nią pojawiłam, bo droga obfitowała w liczne przeszkody, które musiałam zgrabnie omijać, zaś temperatura i stres robiły swoje. Rowerowa blokada, jakos nie chciala się zatrzasnąc (wodospad zaczynał zamieniać się w ocean), a choć punkt zwrotny roweru (ktory zapewnial mi brak oplaty- gdyz nie przekroczylam jeszcze darmowych 20 minut) był blisko, stwierdziłam, że złapie wpis i szybko oddam rower, po czym spokojnie udam się po swoje bagaże i pojadę na dworzec.

Uwierzcie mi, 45 minut i cztery osoby przede mną w kolejce później, cicho śmiałam się ze swojej naiwności.

Ale! KS- zdany, dopuszczenie do sesji- otrzymane, bielt na PKP- kupiony, cel podrozy (czyt. : dom)- osiągnięty.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s