12.A to to smarkate takie jest to…!

Jak już wspomniałam- uwielbiam podróże. Przez ostatnie trzy tygodnie, przemieszczałam się na trasie Koszalin-Jodłowa-Tarnów-Łapanów-Kraków-Łańcut-Rzeszów-Kraków-Bydgoszcz-Toruń-Jodłowa-Dębica-Koszalin. Podróżowałam najróżniejszymi środkami lokomocji; najbardziej lubię pociąg, ale okazało się, że PKP uszykowało mi maleńką niespodziankę na teranch Polski południowej i południowo-wschodniej; z powodu rozlicznych a mało zrozumiałych dla mnie remontów i renowacji, pociągi kursują wybiórczo a zamiast nich, puszczana jest Zastępcza Komunikacja Autobusowa pod wdzięczną nazwą Interregio Bus.

Miałam masę przygód- mniejszych, większych. przyjemnych i tych nieco mniej miłych. Ale przytoczę tutaj dwie związane właśnie z PeKaPe.

Na początku mojej podróży (a w zasadzie, po piętnastu godzinach na trasie Koszalin- Kraków…dzięki, naprawdę, dotarałbym do Wiednia w tym czasie), musiałam odnaleść autobus do Dębicy, który miał mnie zabrać z dworca Kraków Główny. Jak się okazało, wszystkie busy odjezdzają z pod dworca,tylko ten do Dębicy jedzie z takiego przystanku na takiej ulicy. Lekko zdębiałam. Nigdzie mapy. Nigdzie informacji. Na plecach kilkadziesiąt kilo.

Walcząc z narastającą paniką, zahaczyłam Panią w Kiosku z Preclami. Ta wskazała mi ręką ogromny betonowy most, twierdzac, ze jak go mine, to na pewno znajde swoj przystanek.

Znalazłam. Pusty, wysypany żwirem parking na którym za Chiny Ludowe nie mogłam dojrzeć choćby znaczku, słupka, rozkładu. Czując, że to nie jest właściwe miejsce (choć nazwa się zgadzała) i czując, że moje plecy już naprawdę nie wytrzymają tego paskudnego obciążenia, tragicznym ruchem zrzuciłam swoj bagaż na żwir i pozwoliłam pochłonąc się rozpaczy.

Bo: 1.Ani wrócic na dworzec- nie ma juz czasu, ja i tak  bym sie nie dowlokla z obciazeniem a zostawic go tutaj nie moglam. 2.Ani liczyc na to, ze autobus odjedzie z tego miejsca- po prostu….nie. Wiedziałam, że nie. 3. Ani siedzieć i się martwic, bo to juz w ogole nic nie da.

Nagle…niczym lekki zarys oazy na pustyni, ktora ukazuje się niewyraźnie wyczerpanemu z pragnienia wędrowcy…ujrzałam Pana w charaktersytycznym stroju, w białej koszuli i (tego nie byłam pewna z odległości, ale mialam ogromna nadzieje) z zielonym znaczkiem PKP wyhaftowanym na piersi. Resztką sił zarzuciłam plecak na ramiona, i lekko uginając kolana, ruszyłam w ślimaczy pościg za jegomościem.

-Przeeepraszam…-wysapałam, dobiegając do jego pleców. Pan odwrócił się z uprzejmym zainteresowaniem.- Czy może mi Pan powiedzieć, skąd odjeżdża Reggio Bus do Dębicy? Jest napisane, że stąd…

-Aaa, no jest napisane…ale to to tam musi Pani iśc, minąć rondo, przejść przez pasy, minąć most, skręci w lewo…- zawiesił głos, widząc rosnącą panikę w moich oczach. Nie było opcji, żebym zdążyła na ten autobus.

-A Pan dokąd jedzie?- rzuciłam, sama nie wiem czemu. Szczerze mówiąc, pojechałabym z nim i do Wrocławia a nawet Szczecina, byleby autobus stał blisko.

-Ja do Tarnowa, tutaj już stoi autobus.- rzeczywiście, tuż za filarem stał autobus-;słabo oznakowany ale stał.- Chce Pani jechać ze mną?- rzucił trochę żartobliwie.

-Jadę!!!!- odparłam szybko. Wiedziałam, ze do Tarnowa jest trochę dalej z mojego miejsca docelowego, ale ostatecznie i z tego miasta powinno się mnie jakoś odebrac. Zreszta, ja chciałam już tylko pozbyć się tego cholernego obciążnika z pleców i usiąść.

-Noo…ale chciała Pani do Dębicy…-zaczął niepewnie, ale widząc moją minę, prędko dodał- Dobra, idziemy. Juz tam niewazne jaki bilet- chce Pani do Tarnowa, to będzie do Tarnowa.

DSC09641

Druga sytuacja była w żaden sposób nieśmieszna. Wracałam wypompowana emocjonalnie z konkursu w Toruniu; etap Toruń- Łodź przejechałam samochodem, o 3:00 wsiadłam w pociąg na stacji Łódź Kaliska (miałam średnią przyjemność podróży z dwoma, podejrzanie wyglądającymi typkami pod piędziesiątkę). Dojechałam do Katowic, skąd miałam złapać autobus do Dębicy. Na plecach dźwigałam swój nieodłączny plecak (choć teraz był ociupinkę lżejszy), na ramieniu miałam wypchaną torbę podręczną, w rękach zaś- bukiet z dziesięciu, bladoróżowych róż. Była 6:00 a mnie czekały ponad cztery godziny jazdy autobusem- humor więc nie dopisywał mi jakoś intensywnie.

Nasz pojazd zjawił się punktualnie, ja zaś rzuciłam się do przodu, aby zając sobie miejsce z przodu (choroba lokomcyjna to moja podróżnicza zmora). Po rzuceniu torby i delikatnym ustawieniu bukietu w przeciętej butelce po mineralnej, cofnęłam się do drzwi, aby wsadzić plecak do bagaznika.

I wtedy TO się stało. Usłyszałam charakterystyczny dźwięk, jaki wydaje mój telefon gdy upada, otwiera się i wylatuje z niego bateria. Nie przejęłam się zbytnio, bo to zdarza mi się nawet dwa razy dziennie. Wsadziłam więc plecak do bagażnika, i zaczęłam szukać komórki przy wejściu autobusu. Na schodach. Pod autobusem. Obok autobusu. Na podłodze. W końcu poprosiłam pasażerów aby zerkneli pod nogi, czy nie widzą mojego czarnego telefonu. Wszyscy rzucili się z pomocą, ale komórka rozpłynęła się w powietrzu. A naprawdę szukaliśmy wszędzie. Jedna Pani zaofiarowala się, że do mnie zadzwoni. Mimo, ze powstrzymywałam ją, mówiąc, ze bateria wyleciała i nic nie usłyszymy, ona i tak uparła się, że spróbuje mi pomoc. Szukalismy i szukalimsy ale telefonu nie bylo.

No i coś we mnie pękło. Wiedziałam, ze bez telefonu nic nie zrobie- nigdzie nie dotre, bo miałam byc odebrana z dworca ale nie umowilismy sie dokladnie gdzie. Nie mialam w glowie numeru telefonu. Jechałam daleko, w nieznane i bez łącznika- którego nota bene dopiero co zasiliłam niemałą kwotą 30 zł. I pasażerowie jak zobaczyli moje szkliste oczy, strasznie się przejęli, zaczęli szukac jeszcze intensywniej, ale telefonu po prostu nie było. Wtedy weszła konduktorka i kierowca.

-A co się tu stało?- rzuciła Pani z wielkim narzędziem do wydrukowywania biletów (czy to ma nazwę? Biletomat?).

-Spadł mi telefon. Wiem, ze upadł, bo słyszałam jak wypada z niego bateria. – odparłam.

-No i co? Szukałas?

-Szukałam. Pasażerowie razem ze mna. Nie ma.

-A to nie upadł, tylko Ci ukradli.

Zatkało mnie.

-Nie, nie ukradli. Słyszałam jak upadał.

-No ale skoro nie ma to Ci ktos zabrał. A jak nie , to sobie wziął z ziemii.

Pasażerowie spojrzeli po sobie nerwowo. Była to jasna sugestia. Zacisnęłam zęby.

-Nie, spadł mi kiedy schodziłam po schodach, A przy schodach nie ma nikogo poza Panią i Panem kierowcą,

-No ale nie ma to nie ma, zabrał Ci ktos a Ty sie marzesz ! – nie mazałam- choc miałam na to wielką ochotę.- TO się teraz uwaza a nie, chodzi się, gubi, nie dba się, ta młodzież dzisiejsza.

-Tak, Ci młodzi dzisiaj to nic nie szanują- dołączył do niej kierowca. Ja juz nie mialam ochoty sluchac takiego gadania, wiec opadlam bez sily na fotel.

-No i…jeeest!- usłyszałam po chwili; kierowca triumfalnie wymachiwał połową mojego telefonu i jego tylną klapką. Podbiegłam z ulgą.

-Gdzie byl? A bateria?

-A tu jest.- wskazał ręką szczelinę za fotelem składanym, tuż przy schodach.- I bateria, prosze.

-Bardzo, bardzo Panu dziękuję.- odetchnęłam z ulgą i wzięłam telefon.

-No mówiłam CI! A ty co. Młodzi tylko latają, gubią, nie dbają…-rozpoczęła na nowo Konduktorka.

-Przepraszam bardzo, ale sama Pani widziała, ze jestem obładowana- wtrąciłam chłodno.

-Ja tez jestem obładowana! I nie gubie!- odparła urażona.

-Pani ma tylko neseser i ten sprzęt w ręce- zauwazyłam.

-Nie ja mam…tak moze ale i to nie, a to takie smarkate takie teraz to, chodzi gubi ,nie dba, nie szanuje…

-Tak, na imrpezy tylko chodzicie sie nachlac, nacpac, nie to co kiedys!- dołączył się kierowca.- Dzisiaj to bez komórki nei da rady, nie to co za naszych czasów!

Spojrzałam na elektorniczny biletomat w ręce konduktorki. Na telefon w etui przy spodniach konduktora. Na nawigacje przypiętą do szyby. Dostrzegli moje spojrzenie i jeszcze ostrzej zaczęli swoje.

-Tak to to dzisiaj, ani nie umówi się tylko ta komorka, komorka i gubi…- gdakali jedno przez drugie.

-Bardzo dziękuję za pomoc w odnalezieniu telefonu ale nie mam ochoty słuchać takich wywodów- rzuciłam i poszłam na swoje miejsce. Jeszcze chwilę słyszałam, jak wymyślają na młodziez, co to nie robi , co robi, co jest w niej takie straszne itp. Nie pomijali mojej osoby mowiac :,,ona”, ,,ta dziewczyna” ,,młoda” itp. Fakt,nie mialam na sobie makijazu. To, ze mnie tak mocno odmlodzili w tym momencie nie cieszyło mnie ani troche. Dlaczego uznali, ze moj, pozornie niski wiek, upowaznia ich to takiego nieuprzejmego tykania? Wywalania wszelkich gorzkich zali na szeroko pojetą młodzież? Gadanie dla samego gadania, mimo, ze wypadki sie zdarzaja- choć ten byl nietypowy. Sama sobie radze w podrozy, jestem ciekawa czy owa Pani konduktor w moim wieku też by tak wszystko umiala ogarnac i udźwignąć. Jestem również ciekawa, jak któres z nich zareagowałoby w mojej sytuacji.

Po paru minutach, Pani konduktor przyszła sprawdzić moj bilet. Otworzyła moją legitymację. Zerknęła na datę urodzenia. I zrobiła się czerwona. Nie wiem co ją tak zawstydziło, fakt, ze oddała mi ją bez słowa i już do końca podróży nie słyszałam żadnych wywodów na temat mojej osoby, czy tez generalnie tej ,,paskudnej” mlodziezy. Wychodząc zaś, usłyszałam : Do widzenia…Pani.

DSC09982

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s